Polowałem na niego miesiącami, prosiłem, szukałem, oferowałem w zamian dziesiątki innych. Był jednym z najrzadziej występujących modeli, a popularnością przebijało go tylko rozpoczynające serię Ferrari Testarossa z numerem 51. Jednak Vector W2 Twin Turbo górował nad bolidem z Maranello mocą i prędkością maksymalną, co jeszcze bardziej rozpalało wyobraźnię nastolatków zbierających obrazki z gum Turbo.

Lata 80. i 90. czas pomiędzy lekcjami w szkole podstawowej mogliśmy spędzać na kilka sposobów. Oczywiście królowała wtedy piłka nożna i prowizorycznie przygotowane „orliki”, gdzie za bramkę służyły dwa kamienie. Ci co mieli nieco więcej szczęścia mieli nawet dwie bramki, czasami również z poprzeczką! Generalnie grał każdy, a kto nie umiał stał na bramce, a jak było nas zbyt mało to bramkarz był „lotny” i bronił na jednej bramce dla obu drużyn. Generalnie wyobraźni nam nie brakowało. Brakowało nam tylko dostępu do dóbr zamkniętego do niedawna „zachodu”.

W tychże latach miłośnicy motoryzacji mieli nieco utrudnione zadanie w docieraniu do informacji o tej dziedzinie życia. Na naszych drogach królowały „maluchy”, Fiaty 125p, Wartburgi, Syrenki, Trabanty. Dzisiaj te samochody przeżywają swoją drugą młodość często osiągając bardzo wysokie ceny, ale wtedy były naszym chlebem powszednim. Oczywiście z „braku laku” i one budziły nasze pożądanie, tak samo jak dwusuwowy Romet czy Komar. Byliśmy głodni lśniących, błyszczących nadwozi, które można było oglądać w serialu „Policjanci z Miami”.

Wtedy na rynku pojawiła się guma do żucia. Nie była to jednak zwykła guma. Turecki producent Kent wprowadził do tworzących się dopiero supermarketów, spożywczaków, kiosków i szkolnych sklepików gumę Turbo, która w krótkim czasie stała się hitem. Jednak o jej sukcesie nie przesądził brzoskwiniowy smak czy niska cena (w przeliczeniu kosztowała 15 groszy), ale wkładka. Każde opakowanie gumy Turbo zawierało bowiem papierowy obrazek prezentujący auto oraz jego podstawowe dane techniczne, takie jak ilość cylindrów, pojemność silnika, moc i prędkość maksymalną. Niby nie wiele, ale głód informacji powodował, że te „wkładki” były bardziej pożądane nić kolejny obrazek ze świętym Józefem rozdawany podczas „pierwszych piątków”.

Gumy Turbo wydawane były w seriach. Pierwsza zawierająca numery od 1 do 50 nie pojawiła się w Polsce w oficjalnej sprzedaży. Druga, zaczynająca się od numeru 51 pojawiła się w naszych spożywczakach w 1989 roku. Numeracja tej serii kończyła się na numerze 120 i to właśnie w niej znajdowały się dwa najcenniejsze modele wydrukowane na obrazkach gumy Turbo. Traf chciał, że występowały one najrzadziej, a na stworzonym przez kolekcjonerów rynku osiągały niebotyczne ceny – nawet 1 do 5 (co oznaczało, że za jeden obrazem, trzeba było „zapłacić” pięcioma innymi ze swojej kolekcji). Tak oto już w podstawówce rodziła się w młodym pokoleniu „nowej Polski” umiejętność handlu i negocjacji, co zapewne niektórzy wykorzystali w swoim dorosłym życiu.

Obrazek za obrazek

Wyjątkowy obrazek rozpoczynający drugą serię. Jako jedyny prezentował model na trzech ujęciach co tylko powiększało jego wartość. W latach swojej świetności jego zdobycie nie należało do najłatwiejszych. Niewielu z nas miało więcej niż jedną sztukę numeru 51, a większość nie posiadało go wcale…

Samo Ferrari Testarossa pojawiło się na rynku w 1984 roku zastępując model Berlinetta Boxer. Auto stało się niezwykle popularne, co umocniło pozycje producenta na rynku egotycznych supersamochodów.

Po tygodniach poszukiwań i dziesiątkach przeżutych gum Ferrari Testarossa stała się częścią mojej kolekcji. Niestety nie udało się odnaleźć obrazka z numerem 51 w zakupionych gumach, ale udało mi się przekonać Mateusza zbierającego karty z piłkarzami, że uczciwa wymiana to „obrazek za obrazek”. Sorry Mateusz 🙂

Pod numerem 110 kryje się oczywiście mityczny Vector, nie najładniejszy, ale najszybszy, najrzadszy i najbardziej pożądany na „czarnym rynku”. Nie wiem skąd obrazki pojawiały się w obiegu, nikt bowiem nie słyszał, aby Vector trafił się komukolwiek „w gumie”.

Samochód pojawił się na rynku w 1976 roku, trzy lata po premierze prototypu. Był wyposażony w silnik V8 o pojemności 5,7 litra wyprodukowany przez Chevroleta.

Wnętrze auta było równie szokujące co jego linia. Na pokładzie znalazły się komputery sprawdzające stan silnika, ciśnienie, temperaturę cieczy. Podróż umilała klimatyzacja oraz radio firmy Blaupunkt.

Guma Turbo określała jego prędkość maksymalną na 340 km/h, jednak nie została ona nigdy określona w sposób niezależny. Producent zapewniał, że samochód potrafi osiągnąć 389 km/h. Nikomu się to jednak nie udało.

Vector W2 Twin Turbo również znalazł się w mojej kolekcji. Został mi ofiarowany. Obrazek był w tragicznym stanie, wyglądał jakby został wyprany, ale był MÓJ.

Polska wpada w panikę. Guma Turbo jest rakotwórcza!

Firma Kent wprowadzając na nasz rynek gumę Turbo musiał zmierzyć się z mocną już konkurencją. W sklepach królowały gumy z historyjkami obrazkowymi i naklejkami. Ponumerowane obrazki były jednak o niebo lepsze. Jedni układali je w klaserach zostawiając puste miejsca na brakujące numery, inni spinali je gumką recepturką i nosili w kieszeni jak plik banknotów. Obrazki zdobyły nasze serca i umysły.

Kolekcjonując obrazki objadaliśmy się równocześnie tureckimi gumami. Wtedy jak grom z jasnego nieba spadała na nas wiadomość, że ukochana guma Turbo powoduje raka. Informacja lotem błyskawicy obiegła wszystkie szkoły, podwórka i boiska. Każdy o tym wiedział, każdy się bał. Dostęp do mediów był mocno ograniczony, wiedzieliśmy tylko to, o czym szeptało podwórko i co mówiła telewizja. Pojawiały się plotki, że sprawa dotyczy tylko konkretnych kolorów opakowań, ale już nikt nie chciał ryzykować.

Prawdopodobnie głównym sprawcą tej histerii była fałszywy „wykaz z Villejuif” który powstał w drugiej połowie lat 70. spisany ręką nieznanego autora i jak się okazuje bajkopisarza. Powoływał się on na niby przeprowadzone badania we Francji, które udowodniły, że dodatki do żywności oznaczone literą E są niebezpieczne dla zdrowia. Na liście znalazło się siedemnaście substancji, które miały być rakotwórcze. Pozostałe dwadzieścia siedem było „mocno podejrzane”.

Lista oczywiście błyskawicznie rozprzestrzeniła się po całej Europie, a ponieważ jednym ze składników gum Turbo był kwas cytrynowy oznaczony jako E330 na stworzenie plotki nie trzeba było długo czekać.

Oczywiście sama plotka o rzekomej rakotwórczości nie spowodowała upadku gumy Turbo. Po prostu wyczerpała się jej formuła, a uwagę kolekcjonerów przykuły kolejne ukryte w słodyczach obrazki.

Firma Kent zaprzestała produkcji gumy Turbo w 2007 roku.