Jedni uważają, że najlepiej ogląda się go w telewizji. Inni narzekają na hałas, tłum, nudę, pogodę… W miniony weekend – dzięki zaproszeniu Toyoty – miałem okazję przekonać się na własnej skórze, że Le Mans 24h warto zobaczyć na własne oczy!

Wyścig Le Mans 2017 już wkrótce wystartuje! Czy warto zobaczyć to wydarzenie na własne oczy, czy może lepiej zasiąść wygodnie w fotelu?

Na co dzień w urokliwej miejscowości Le Mans mieszka około 150 tys. mieszkańców. Klimatyczne uliczki starej części miasta zachowane są niemal w oryginalnym stanie. Można tu trafić na typowe francuskie knajpki i uznane restauracje. Ich obsługa prawie na pewno nie będzie mówiła po angielsku, ale gościnności im nie brakuje.

Raz do roku cierpliwość niewielkiej mieściny wystawiana jest na próbę przez ponad 260 tys. fanów 24- godzinnego wyścigu.

Lotnisko Charles De Gaulle oddalone jest od celu naszej podróży o 230 km. Zamiast samochodu wybieramy TGV. Podróż zajmuje nam godzinę i czterdzieści minut. Koszt przejazdu pierwszą klasą to 65 euro. W porównaniu do naszego poczciwego Intercity tanio nie jest, ale PKP musi jeszcze trochę popracować nad zbliżeniem się do poziomu francuskich szybkich kolei. Pierwsza moja myśl – „można kłaść równą trakcję!”. Na wspomnienie zasługują również fotele i naprawdę sporo miejsca dla każdego z pasażerów. Zdziwiło mnie brak wifi.

Widok z restauracji na stare miasto – dzień pierwszy.

Na miejsce przybywamy klika minut przez dziewiętnastą. Musimy chwilę postać przed dworcem, bo w Le Mans są tylko dwie taksówki – tak przynajmniej tłumaczę sobie czas oczekiwania na taryfę. Na szczęście udaje nam się złapać jedną z nich i z entuzjazmem ruszamy w kierunku Circuit de la Sarthe – taką przynajmniej mamy nadzieję, bo wioząca nas pani zna mniej słów po angielsku, niż my po francusku.

Tor na którym już za kilka godzin odbędzie się najsłynniejszy wyścig świata korzysta po części z fragmentów lokalnych dróg, które na czas imprezy są zamykane stając się elementem infrastruktury Le Mans 24h. Na teren można wjechać tylko za sprawą specjalnej przepustki, która jest skanowana zarówno podczas wjazdu, jak i wyjazdu.

Jeszcze przed startem

Na Le Mans 24h można dojechać na wiele sposobów. Najlepszym z nich jest oczywiście samolot lub śmigłowiec. Obok tortu znajduje się bowiem lotnisko i to z tego rozwiązania korzystają najbardziej zamożni fani lub zaproszenie przez sponsorów VIP-y. Innym pozostaje samochód, motocykl lub rower – te dwa ostatnie okazują się genialnym rozwiązaniem, z którego korzysta większość co bardziej obeznanych ze specyfiką imprezy widzów. Warto oczywiście przyjechać odpowiednio wcześniej, my zjawiliśmy się w piątek po zmroku. Warto tu dodać, że ostatnia prosta odbyła się w asyście dziesiątek kibiców stojących wzdłuż drogi i prowokujących kierowców sportowych maszyn do robienia „przegazówek”. Ci oczywiście chętnie spełniali te prośby, ku uciesze zgromadzonego tłumu.

Przeciętne obozowisko na Le Mans

Wielu widzów nocuje na terenie imprezy. Organizator przygotował kilka pół namiotowych z niewielkimi „iglo” do wynajęcia. Można też przyjechać z własnym kampingiem. Spacerując wzdłuż toru mijałem obozowiska złożone z dwóch lub trzech niewielkich namiocików, jakby kupionych przed wczoraj w Decathlonie, pomiędzy którymi stały ubłocone Porsche, Ferrari i Bentleye. Tutaj nie trzeba nic udowadniać. Liczy się tylko oddanie i miłość do Le Mans, a nie ilość gwiazdek w wynajętym hotelu.

Nasza kameralna grupa miała to szczęście, że Toyota wynajęła nam… baraki znajdujące się 3 minuty drogi od toru. Baraki to bardzo dobre określenie – było to bowiem coś w rodzaju mikro osiedla zbudowanego tylko na czas Le Mans 24h złożonego z drewniano stalowych budynków, które po wszystkim zostały prawdopodobnie załadowane na tir-a i odwiezione na pobliską budowę. Wbrew temu co mogłoby się wydawać było to miejsce premium. Bliskość toru i ograniczona ilość miejsc powodowały, że nocleg w tym miejscu kosztował tyle, co w pięciogwiazdkowym hotelu. Zasypianie przy dźwiękach walczących bolidów – bezcenne.Mówiąc szczerze czułem się trochę nie fair, że ja zasypiam, a tam pokonywane są kolejne kilometry.

Jest klima, są ekrany – wszystko widać

Sam wyścig również można obejrzeć na kilka sposobów. Wielu widzów spędza czas na nasypach, pomiędzy którymi wije się trasa i przez 24 godziny biwakuje, bawiąc się i spożywając magiczne napoje. Część wybiera dodatkowo płatne trybuny – tam, dzięki długiej prostej bolidy osiągają spektakularne prędkości z fantastycznym rykiem przemykając pomiędzy wiwatującymi tłumami. Jest też oczywiście miejsce dla VIP-ów i gości zespołów oraz sponsorów. Przygotowane pawilony wyposażone są w telewizory, katering i tarasy widokowe.

Oczywiście na terenie Le Mans 24h nie mogło zabraknąć niezliczonej ilości knajpek, sklepików i innych punktów usługowych. Kupić tu można praktycznie wszystko – od fotela w kształcie kasku, poprzez koszulki, na resorakach kończąc. Ceny nie są małe, ale niewielu zdaje się to przeszkadzać.

Niestety ceny są w euro…

Oczywiście mam świadomość, że tego typu rozrywka nie każdemu przypadnie do gustu. Warto jednak samemu się o tym przekonać, jeżeli tylko nadarza się ku temu okazja. Ja byłem i nie żałuję.